Do Szpiku Kości / Winter’s Bone (2010)

Amerykańską, redneckowską biedę, owianą chłodem i monotonią lasów, pokochałem po zobaczeniu „Łowcy Jeleni”. Wtedy zafascynował mnie obraz robotniczego miasteczka, gdzieś nieopodal Pittsburgha i jego prostych mieszkańców, z twarzami zmęczonymi od codziennego życia i wzrokiem pogodzonym z losem, z brakiem perspektyw. Dlatego „Winter’s Bone” ma u mnie kilka punktów bonusowych już na wejście. Co prawda robotnicze miasteczko zamienia się na centralno-stanową wioskę, ale mentalność, klimat i pejzaże pozostają podobne. I ten chłód. Zamiast zachodniej Pensylwanii, widzimy rejony wyżyny Ozark, obejmującej stany Missouri, Arkansas, Oklahoma i Kansas. I gdzieś tam, wśród wysokich traw zmaga się z życiem Ree.

 

Ree ma 17 lat (może to lekki spoiler, bo w sumie dowiadujemy się o tym pod koniec filmu – no ale można się domyślić, to buduje dramaturgię) i grana jest przez niewiele starszą Jennifer Lawrence (nominacja do Oskara za rolę pierwszoplanową kobiecą). Jennifer daje radę. Pewnie to moje odosobnione wrażenie ale wydaje mi się jakby wzięła najciekawsze rysy od Renee Zellweger i je ładniej opakowała. Z aurą chłopczycy, którą wydaje się być w filmie, jej do twarzy. Młoda bohaterka, wspomniana Ree, opiekuje się chorą psychicznie matką i dwójką młodszego rodzeństwa. Oczywiście bieda jak cholera. Wygłodzony pies na łańcuchu wcina spleśniałe resztki, dzieciaki cieszą się gdy poczują w ustach fragment uda wiewiórki, auta brak, a jedyny majątek to ziemia i dom. Kiedy rodzinę odwiedza szeryf (nota bene nieco bardziej wysuszona i przestraszona wersja Casey Afflecka), okazuje się, że Ree musi odnaleźć swojego ojca – przestępce, ćpuna, dilera i pewnie coś tam jeszcze; aby tego dobytku, ziemi i domu, nie stracić. „Winter’s Bone” w tym miejscu zapowiada się na film obyczajowy, dramat, ale w gruncie rzeczy jest czymś więcej.

Ree z każdym kwadransem przedstawia widzowi kolejnych członków rodziny i kolejnych sąsiadów. Co jeden to lepszy. Kiedy zostaje już postraszona, obrażona i wydaje się, że chyba tylko strzał w głowę mógłby ją powstrzymać, okazuje się, że jednak kogoś się boi. Kogo – sobie zobaczcie. Ree krąży wokół pojebańców w bejsbolówkach, kamizelkach z flagami USA, konfederatkami, w kowbojkach, w pick-upach, z wąsami, za to bez zębów. Mało w filmie normalnych ludzi, głównie miejscowa patologia i jeden biedny szeryf – pizda. Nagromadzenie postaci tajemniczych, o których lepiej nie mówić, których twarzy nie widać, o których słychać tylko legendy, sprawia, że okoliczne pola i lasy wypełniają się niepokojem niczym zagadkowe lasy miasteczka Twin Peaks. Tylko, że mniej w tym czarów i luzu, więcej prawdziwego życia i kopa w dupę. Widziałem kiedyś taki obrazek z serii tough american life: kobieta w średnim wieku trzyma na plecach kilkuletnie dziecko, a w rękach ma łopatę i odśnieża zasypaną ulicę. O takim prawdziwym życiu tutaj mówię. Tough.

W kilku momentach film zamienia się w thriller, kiedy to siedemnastolatka zaczyna igrać z regionalnymi bossami. Są nawet sceny wyrwane z konwencji filmów Eli Rotha lub Roba Zombie. I mi się to podoba. Pasuje. Wszystko zresztą pasuje, „Winter’s Bone” jest bardzo spójny i przez to wiarygodny. Do całego tego cyrku dodana jest oczywiście muzyka country – ale spokojnie, raczej ta lepsza. Autorka głównej piosenki, „High On A Mountain” Marideth Sisco pojawia się w filmie – jako stara baba śpiewająca na urodzinach. Fajne to i ładne. Właściwie to w filmie Debry Granik nawet banjo wydaje się atrybutem męstwa – jakkolwiek jest to groteskowe. Swoją drogą, zwracam uwagę na nazwisko z poprzedniego zdania – Debra Granik, reżyserka, kobieta. Rzadkość w takim kinie.

Wersja, którą dysponowałem posiadała ciekawą, nieznaną mi wcześniej sekwencję: „jesteś marny jak cycki u knura” – tak btw. Ale generalnie film nie jest do śmiechu, za to jest do zobaczenia. Nominowany do 4 Oskarów, Złotego Globu, Independent Spirit Award, nagradzany w Berlinie, Toronto, Sundance, na Gotham Awards i kilku innych. I właściwie idąc za polskim (na serio) tytułem – przeniknął mnie do szpiku kości.