Apocalypto (2006)

Ten obraz, o którym swego czasu mówiono „kolejne wielkie przedsięwzięcie Mela Gibsona”, jest perfekcyjnym przedstawicielem grupy filmów, o których  dużo głośniej było przed premierą, niż po niej. Oczywiście cały szum wokół tej produkcji, był zaledwie echem po szokującej, dyskusyjnej, cholernie krwawej i całkiem przyjemnie wypełniającej portfel Gibsona – Pasji. Reżyser postanowił nie zmienić wygrywającej taktyki, dlatego i tym razem możemy zobaczyć dość brutalny film, opisujący wydarzenia sprzed setek lat, z aktorami znalezionymi dosłownie na ulicy zmuszonymi do mówienia w jakimś wymarłym języku. Nie brzmi dobrze? No nie wiem – mnie to zachęciło!

Na wstępie, w filmie zostaje nam przybliżona wioska gdzieś w środku dżungli, w której to wesołe dzikusy wiodą beztroskie życie. Dzień upływa im na polowaniach na dzikie świnie, przekazywaniu wioskowych mądrości przy ognisku – a przede wszystkim, robieniu sobie bardzo śmiesznych żartów z wioskowego głupka-impotenta. Oczywiście nasz kochany Mel, nie każe nam długo czekać na moment, w którym cała ta sielanka zostanie brutalnie zgwałcona. W tym też momencie odsłania się przed nami prawdziwe oblicze tego filmu: obraz, który pokazuje prawdziwą, brutalną naturę człowieka. Psując nasze wyidealizowane wizje nie-europejskich cywilizacji, unaocznia nam jak bardzo bylibyśmy w dupie, gdy to oni rozwinęli się szybciej od nas.
Cały szokujący efekt, jaki wywołał we mnie ten film, wzmacnia duża dbałość o realizm na ekranie. Podtrzymywany przez takie szczegóły, jak wspomniany już zabieg „oryginalnego” języka, oraz twarze aktorów, których mój mózg nie wiąże podświadomie z prawnikami lub gangsterami z innych produkcji (nie wspominając o hektolitrach krwi) …Tu przyznam się szczerze, że sam z premedytacją tego nie szukałem, lecz jestem PEWIEN, że byle jaki cwaniak może zakwestionować autentyzm tego filmu po 5 sekundach spędzonych z Google. Prawdopodobnie jak w każdej produkcji tego typu, aż ROI się tu od błędów i niedociągnięć na tle historycznym. Mnie to jednak niewiele obchodzi, bo jako PRZECIĘTNY widz, czułem się niemal jak przeniesiony w czasie i przestrzeni.
To mocna i mimo wszystko, oryginalna produkcja. Gibson odcina się od bajek o grzecznych Indianach – wkładając kij w oko wszystkim hipisom i dzieciom pokolenia Pocahontas, krytykującym historyczną ekspansję białego człowieka i powtarzającym ciągle „jak wiele straciliśmy, narzucając im swoją cywilizację – oni przecież mieli wypasiony kalendarz!”. Film oceniam bardzo dobrze!

Właśnie tak mogłaby wyglądać moja recenzja tego filmu, gdy skończył się po godzinie. Niestety – tak się nie stało.
Dla wszystkich, którym żal cennego życia, mogę dać jedną, rymowaną radę, którą warto zapamiętać: „Zobaczycie zaćmienie słońca – wyłączcie to gówno!”. We wszyskich starożytnych kulturach zaćmienie symbolizowało coś ważnego. Tu, symbolizuje moment w filmie, w którym cały zbudowany wcześniej efekt zaczyna się sypać jak wieża z klocków Jenga. Reżyser bardzo sprawnie zniszczył konstruowany od początku autentyzm, a mój poziom zadowolenia z tego obrazu spadał na ryj po krzywej odwrotnej do rosnącego wskaźnika nieprawdopodobieństwa. Całość zmieniła się w mgnieniu oka w bardzo kiepski film akcji. Na tyle, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać po co kazano tym biednym, podrzędnym aktorzynom gadać w zapomnianym języku, skoro główną rolę mógł równie dobrze odgrywać Arnold S., w swoim niepowtarzalnym angielskawym dialekcie.
Podsumowując, film oceniam na 1/3, bo na końcu moje odczucie mogę określić jako lekkie rozbawienie spowodowane żałością. Straszne marnotrawstwo dobrego pomysłu.
(Jednak nadal ma mocne 2/3 jeśli zastosujecie się do wierszyka!).