Spokojny Człowiek / He Was a Quiet Man (2007)

Film trafił w moje ręce wprost z zakurzonej półki z kolekcją „DVD z gazet” mojej matki. Widząc mnogie wieńce laurowe na okładce, miałem nadzieję, że W KOŃCU znalazłem tam coś interesującego. Po chwili okazało się, że film jest laureatem tak prestiżowych nagród jak: Jackson Hole Film Festival Cowboy Award …i innych, których nie wymieniają nawet w imdb. O reżyserze Franku A. Capello też nie wiedziałem zbyt wiele. Mimo to, postanowiłem odpalić ten film w nadziei na znalezienie perełki. No i udało się. Film zauroczył mnie od pierwszej sceny, w której to przeciętny pracownik korporacji, pod stołem ładuje swój rewolwer – wyliczając komu przypadnie każda z kolejnych kul…

Ten zdrowo szurnięty przeciętniak, to właśnie nasz główny bohater, grany przez Christiana Slatera. To wręcz chodzący stereotyp życiowego przegrańca (tu wielkia brawa dla aktora: kreacja wąsatego, zarumienionego, nie-machającego-zbytnio-rękami-gdy-chodzi frajera, jest tak dobra, że aż wkurwia).

Postać sama w sobie nie jest zbyt zaskakująca. To jeden z tych ludzi, o których w TV można usłyszeć „A to był taki spokojny człowiek!” (patrz: tytuł ang.) – w trakcie wywiadu o autorze niespodziewanej ludzkiej masakry. Czyli prawdziwy popierdol, ukryty pod fasadą niegroźnego samotnika-dziwaka. Nie cierpi swojego przełożonego oraz większości ludzi, którym się lepiej od niego powiodło w życiu. Co dzień, podczas lunchu, wyobraża sobie jak wysadza korporacyjny biurowiec, w którym pracuje. Czekając na dzień, w którym w końcu zdobędzie się na odstrzelenie z tego świata wszystkich znienawidzonych ludzi z jego biura.
Pomysł na fabułę wydaje się niezbyt świeży, jednak osobiście nie potrafię znaleźć filmu o fabule podobnej. Podczas czytania o filmie natrafiłem na porównania do „Upadku” (Falling Down z Michaelem Douglasem, nie tego o Hitlerze – chociaż może ten jest bardziej podobny). Między tymi scenariuszami istnieje jednak poważna różnica. Upadek (też zresztą niezły film) to historia faceta, u którego pewnego dnia po prostu „coś pękło”, a reszta potoczyła się sama. Natomiast „Spokojny Człowiek”, mówi o kolesiu, którego psychika deformowała się przez lata. Nie zrozumcie mnie źle – nie jest to film psychologiczny. Nie ma tu głębokich analiz natury człowieka, ani krytyki współczesnego modelu społeczeństwa. Jest to łatwostrawny kawałek niezbyt-wysokobudżetowego kina, o człowieku do którego osobiście (jako życiowy przegraniec i prawdopodobny pracownik boksu 3×3 metry w najbliższej przyszłości) czuję sporą empatię.

Jedyną rzeczą, która strasznie mnie irytowała były efekty specjalne. Nie tylko dlatego, że były niedorobione. Głównie dlatego, że w ogóle BYŁY. Po prostu jeśli film ten aspiruje do szufladki kina niezależnego, to taki np. render gadającej ryby był absolutnie zbędny! Sam znalazłbym 1000 sposobów na pokazanie rozmowy z rybą, bez jej komputerowej animacji i myślę, że ktoś w pewnym kraju się po prostu uzależnił od VFX. Poza tym, produkcję tę oceniam bardzo dobrze! A teraz lećcie sznupać starej na półce z płytami – może znajdziecie tam film, o którym warto nam przynajmniej wspomnieć w komentarzach.
P.S. Strzeżcie się spokojnego człowieka!