خدا كى لي / Khuda Ke Liye / In the Name of God (2007)

Mam do zaproponowania pozycję zgoła inną od chyba wszystkich pozostałych, jakie się tu znalazły. Khuda Ke Liye to film z „wytwórni” Lollywood – pakistańskiego odpowiednika Bollywood. Jak wszystkie tego typu obrazy jest mozaiką często w normalnym świecie sprzecznych ze sobą gatunków i cech, takich jak skrajny kicz i poważne problemy współczesnego świata, czy tragiczna momentami gra aktorska połączona nieraz z nowoczesnymi zabiegami reżyserskimi i przyzwoitą, elektroniczną muzyką. A za tym wszystkim, w przeciwieństwie do roztańczonych romansideł z Bombaju, kryje się niejedno poważne przesłanie.

Plakat filmu sam w sobie jest ciekawą mieszanką.
Otóż podstawową różnicą między niniejszym obrazem, a klasycznym Bollywoodem jest zaniedbanie sfery wzruszających historii miłosnych, kolorowych tańców synchronicznych i gangsterskich strzelanin na rzecz poruszenia poważnych kwestii dotyczących problemów obyczajowych, moralnych i teologicznych wśród współczesnych Pakistańczyków i muzułmanów w ogóle. Nie jest to jednak zaniedbanie zupełne, oj nie! Miłośnicy komicznych w swojej wzruszającej formie występów muzycznych (pozbawionych niestety abstrakcyjnych sytuacji niezwiązanych z fabułą, gdy wszyscy nagle śpiewają i tańczą) nie będą zawiedzeni, a widzowie nieznający tej formy wyśmiewając ją, z pewnością wzbiją się na wyżyny rozkoszy.

Przejdźmy do fabuły. Nowoczesna, urodzona w Anglii Pakistanka marzy o ślubie ze swoim przyjacielem – białym chrześcijaninem (oczywiście nie ma mowy o mniej zobowiązującym związku i oboje zakochani nie mają wobec tego nawet cienia wątpliwości). Jej ojciec nie potrafi tego zaakceptować i, będąc pod presją ortodoksyjnych muzułmańskich imigrantów, jest bliski podjęcia desperackich kroków by powstrzymać małżeństwo. Tymczasem jej kuzyni są w ojczyźnie znanymi muzykami pop (przez co borykają się z akcjami ortodoksów, demolujących im scenografię), gdy jeden z nich dostaje się pod skrzydła fundamentalistycznego nauczyciela religijnego. Drugi postanawia wyjechać do USA, by dokształcić się muzycznie. Napotyka tam rzecz jasna ścianę głupoty i nietolerancji, którą spektakularnie burzy, ukazując lalusiowatym studentkom collage’u i Murzynom w dredach piękno muzyki jego ojczystego kraju.

Dalsze wydarzenia rozwijają się w niesamowitym tempie (czasem niesamowicie szybkim, a czasem niesamowicie wolnym), przechodząc przez niejeden niespodziewany zwrot akcji: mamy tortury, gwałty (nie pokazane rzecz jasna), zniewolenie, walki z wiernymi i niewiernymi, wykłady religijnych mędrców (i hipokrytów), a to wszystko upiększone wielkim zróżnicowaniem umiejętności poszczególnych aktorów, jakości muzyki i reżyserii, mieszaniem dramatu, komedii, thillera, musicalu i wielu innych…

Najciekawsze jest jednak to, że w tej pełnej kiczu otoczce poruszane są poważne tematy, będące bardzo na czasie i nawet mieszkaniec naszego, zachodniego świata może wyciągnąć z tego wszystkiego niejeden konstruktywny wniosek. Konfrontowane są przede wszystkim różne podejścia do islamu: fundamentalistyczne (miejscami skrajnie), nowoczesne (miejscami laickie), tradycyjne (miejscami plemienne) z religijnością głęboką, ale mądrą i tolerancyjną. Możemy z filmu dowiedzieć się wielu istotnych spraw, dotyczących motywów działań talibów, czy tak ostatnio przeklinanych w Europie muzułmańskich imigrantów i dowiedzieć się, jakie spojrzenie na świat mają przeciętni muzułmanie – nieradykalni, niezlaicyzowani, słowem – „normalni ludzie”. Warto zauważyć też różne ciekawe tendencje kulturowe, nieznane nam z rodzimego podwórka, np. to, że w filmie przedstawiciele najstarszego pokolenia są o wiele mniej radykalni, niż niektórzy ich wnukowie. Jest to mechanizm zupełnie przeciwny do występującego w naszym świecie odchodzenia od tradycji i zabobonów, spowodowanego stabilnością ekonomiczną i polityczną (co, jak można obejrzeć w pierwszym lepszym serwisie informacyjnym, jeszcze u nas się nie dokonało i wciąż widujemy w Polsce zachowania bliskie tradycjom plemiennym…)

Dzieła, które tak „umiejętnie” łączy poruszanie poważnych, aktualnych kwestii, problemów teologicznych, społecznych i politycznych z rozczulającą do łez żenadą gry niektórych aktorów, megagłupimi scenami zbiorowej orgii muzycznej i zabiegami reżyserskimi od krańcowo durnych po zaskakująco (w stosunku do reszty) niezłych, nie mógłbym opatrzyć inną etykietą, niż Ej weź to obejrz! (najlepiej w towarzystwie środków odurzających).

oficjalna strona filmu