Somewhere (2010)

Na wstępie przeproszę za zaniechanie systematyczności w pisaniu tytułu, tzn. nie wpiszę odpowiednika polskiego, jak robiłem to zazwyczaj, bo ów jest debilny. Jest skrojony, zdaje się, dla idiotów. Jest tani, bo tanio zachęca do sięgnięcia po film Sofii Coppoli. Jakby ktoś nie wiedział, brzmi on „Somewhere. Między miejscami”. Jakby ktoś nie wiedział, ta zdolna dziewczyna zachwyciła świat filmem o tytule „Między słowami”, choć właściwie „Lost In Translation” – czyli wszystko jasne. Znów musieli wpierdolić w ten pięknie, subtelnie, ascetycznie prosty tytuł swoje trzy grosze – tylko, że tym razem raczej marketingowo. To był prolog – sorry, musiałem wylać gdzieś swoją złość związaną z polskim „wiem lepiej”.

A co z filmem?

„Somewhere” opowiada historię znaną, zwłaszcza wyeksploatowaną przez serial „Californication”. Oczywiście z zachowaniem wielu różnic. Bohaterem pierwszego planu jest Johnny Marco (Stephen Dorff) – hollywoodzki aktor. Johnny żyje na miarę gwiazdy rocka – jeździ czarnym Ferrari, mieszka w hotelu, imprezuje, każda blondyna między Los Angeles, a Mediolanem jest jego. Wiadomo, żyć nie umierać. Ale życie takie bajki weryfikuje – wiem to, bo czytam Pudelka. Ło matko, aż się wierzyć nie chce w te historie: taka ładna i miła a narkomanka, albo gość miał 240 mln a bankrutuje, drugi spędza życie między palmami z modelką Victoria’s Secret, ale zdradza ją w kiblu z meksykańską sprzątaczką. Tak to jest, ludziom nie dogodzisz. Tak więc Pudelek nauczył mnie życia, a Sofia Coppola, ku uciesze mojej i marnego, szarego ludu, ten relatywizm potwierdza. Życie z żurnala jest tak samo nudne i frustrujące, tyle, że jak dostaniesz HIV to będą o tym pisać w gazetach i nie ukryjesz tego faktu przed matką.

Tak właśnie mijają dni Johnny’emu Marco, gdzieś między dupą, piwem, a inną dupą. Swoją drogą, zwróćcie uwagę na scenę (sceny) gdzie Johnny leży na łóżku, a Bambi i Cindy odstrzelają performens na składanych rurach. Krzywy uśmiech aktora mnie rozbawił, ale dwie bliźniaczki topiące resztki swojego seksapilu w jednym z najbardziej nieudolnych tańców na rurze jakie dane mi było zobaczyć, sprawiły, że chciałem im zacząć klaskać. Szkoda, że mnie nie słyszały. Groteska.

Gdzieś w tle snującego się gwiazdorzenia pojawia się namiastka lepszego życia. Córka Cleo. I nawet takiemu głupkowi jak Johnny Marco (swoją drogą, co to za imię w ogóle?) błękitne oczy trzynastolatki uświadamiają, że pijackie latanie za cyckami niekoniecznie jest sensem życia. Ba, nawet jeśli życie sensu nie ma, to cycki i 400 KM stają się z czasem równie nudne i jałowe, co praca w biurze.

Taka teza stawiana jest na początku filmu. Cała reszta to zapis kilku dni ze wspólnego życia Johnny’ego i Cleo – oczywiście z typowym dla Coppoli stylem kadrowania, budowania klimatu, snucia się scen. Reżyserka pozwala zagłębić się w tryb życia bohatera. Kręci to wszystko po europejsku, powoli, powoli, jeszcze wolniej. Nie daje nam nawet złudzeń, że w filmie coś się zmieni. Nie – to ma po prostu smętnie płynąć. I, tak jak u innych smęcących reżyserów, zdarza się jej przegiąć. „Somewhere” momentami zwyczajnie nudzi, czasem męczy. Coppola dokręca czas scen do maksimum, czasem ubarwi je muzyką, choć te najlepsze zaopatrzone są w dźwięk diegetyczny.

Jak można się spodziewać, film do pewnego rozwiązania jednak dąży. Jakie ono jest, sprawdźcie sami. Jak dla mnie, dość oczywiste, ale ładnie skrojone. „Somewhere” jest właśnie… ładny, choć trzeba mieć do niego cierpliwość. Forma krępującej ciszy i niewypowiedzianych słów nie przekonała mnie do końca, jednak trzeba przyznać, że Sofia Coppola operuje nią świadomie i dość umiejętnie. Nie na tyle, żeby nazwać jej nowy film „świetnym”, ani nawet „bardzo dobrym”, jednak na tyle, żeby dać mu szansę i nazwać „niezłym”. Trochę mnie rozczarował, poważnie wynudził, ale z perspektywy jednego dnia zostały mi po nim prawie same miłe wspomnienia. I to sporo. Czyli film odciska piętno, a to ważne.