De Zaak Alzheimer / The Memory Of A Killer / Alzheimer (2003)

Pośród miliardów (no, może z deka przesadzam) filmowych pamiętników, nikt nie wziął jeszcze w obroty pamiętnika mordercy. Nie mówię tu o pamiętniku seryjnego mordercy, który igra sobie z prasą i detektywami, tylko o zabójcy na zlecenie. Z drugiej strony, jaki zawodowiec pisałby coś tak pedalskiego jak pamiętnik? Prędzej prowadziłby jakieś akta, żeby mieć w razie czego haki na pracodawców. W każdym razie pamiętnik zabójcy jest dużo mniej prawdopodobny niż pamiętnik kilkusetletniego, lekko spedalonego wampira i tego się trzymajmy – zawodowi zabójcy nie piszą pamiętników. Główny bohater naszego filmu jednak w pewnej mierze to robi i musi to robić, bo w tym zawodzie nie istnieje emerytura.

Pomyślcie, zabójca który zapomniał celu? Zapomniał czy wykonał zlecenie? Czy zatarł ślady? Wniosek jest prosty, zwykły człowiek z Alzheimerem ma przejebane, ale zabójca na zlecenie ma przejebane w chuj ;) Duńczycy o tym pomyśleli i właśnie taka sytuacja pojawia się w opisywanym filmie. Pomysł jest świetny i całe szczęście, że wcześniej Steve Martin czy inny Will Ferrel nie wpadli na to, żeby się z tego ponabijać w jednej ze swoich żadnych komedii. Do problemów głównego bohatera dodajemy jeszcze wybiórczą moralność, dziecięcą prostytucję, intrygę rządową, skorumpowaną policję, sporo akcji i troszkę patosu. Fabularnie nie mam zastrzeżeń, bzdur nie zauważyłem, całość historii była ładnie prowadzona, a smaczku dodawały zwyczajne, ludzkie śmiesznostki, np. obsikiwanie klamek upierdliwym przełożonym w stylu prank. Oczywiście fabuła nie jest super zaskakująca, czy w jakikolwiek sposób nowatorska, ale jest na tyle świeżym podejściem dla gatunku kryminału (czy też thrilleru) politycznego, by stawiać ten film ponad ostatnimi hollywodzkimi produkcjami z podobnej półki.

Dodatkową zaletą filmu jest aktorstwo. Jan Decleir grający główną rolę jest najlepszym zdziadziałym bossem jakiego widziałem. Michael Caine w Harry Brown, czy Clint Eastwood w Gran Torino się do niego nie umywają. On nie bawi, on niszczy. Podchodzi do sprawy skrupulatnie i fachowo, ale nie bez emocji. Właściwie to w całym filmie denerwowały mnie tylko dwie sprawy. Po pierwsze główny bohater był troszkę zbyt dobry, jak na jego zawód. Przesadził przepraszając za śmierć policjanta. Po drugie miał okropne flashbacki. Ja rozumiem, że wspomnienia wylatywały mu z głowy, miał w niej pustkę i rozpierdol, ale te zielonkawe, szybko montowane ścierwa migające przez cały film kompletnie mi nie pasowały. Cała reszta była tak ładnie nakręcona, że niszczyło to ogólny odbiór filmu. Możliwe, że dzięki temu czułem się w minimalnym stopniu tak wkurwiony jak główny bohater, ale wydaje mi się to zupełnie niepotrzebne.

Podsumowując: warto zobaczyć, ale do ‚ej weź to’ brakuje.

2/3