REAKTYWACJA, czyli: Transformers 3D vs Green Lantern 3D

Powróciwszy jadę z tematem 3D, czyli ‚ulubionym’ – a jakże. Ci co chodzą do kina, a właściwie do kinowych molochów, multipleksów, już pewnie zauważyli, że gwałt masowego widza dokonuje się na naszych oczach i chcąc zobaczyć nowy hit, jakiegoś medalistę box office’u, nie dostajemy wyboru: puszczane są tylko wersje 3D. Tak więc poszedłem. Czwartek – Transformers, Sobota – Green Lantern. Oba, żeby nie było, w wersji nie-IMAXowej. Czemu w zestawieniu nie ma trzeciego z trójwymiarowych hitów, Harrego Pottera? Bo już dawno przestał mnie ciekawić i doszło do mnie, że jedynym powodem, dla którego chciałbym go zobaczyć, byłaby Emma Watson w wersji legal. Po kolei więc…

Na Transformers 3D pewnie bym nie poszedł, gdyby nie zdanie „…ale te efekty w 3D naprawdę warto zobaczyć”, wypowiedziane przez 3D-sceptyka. Zobaczyłem i się ucieszyłem. Faktycznie, warto. Michael Bay zbliża się do dobrego trójwymiarowego fast foodu. O wartościowym filmie w tej technice na razie nawet nie marzę, ale wiara w przyzwoitego hamburgera wzrasta we mnie z roku na rok. Czym Transformers grzeszy? Tym co oczywiste – prawie wszystkim, ale można to mieć w dupie. Serio. Dialogi są żadne, miałkie do bólu, wątki komediowe żałosne, choć nie tak żałosne jak rys postaci i charakterologia bohaterów drugoplanowych. Gagi, głupie miny, przekoloryzowane stroje. Chujnia na miarę filmów Pazury i polskich komedii XXI wieku. Fabularnie? Jak to powiedział kiedyś Tolkien: Bitch, please. Nie muszę chyba mówić, że gra aktorska to bękart z zespołem Downa Cichopkowej i Mroczka. Bieda. Shia LaBeouf powinien się wstydzić, zupełnie odwrotnie Rosie Huntington-Whiteley. Ta druga wypełniła swoje zadanie perfekcyjnie. Transformers już od jedynki przyzwyczaił nas do takiej roli: superpiękność, która grać zupełnie nie umie, za to ma się smarować olejem, wydymać usta, chodzić w bieliźnie i majestatycznie rzucać włosami podczas ataku Decepticonów. To czy urodą dorównuje Megan Fox, każdy sobie rozsądzi na własny rachunek, ale dla zachęty mogę powiedzieć – mimo swoich groteskowych ust, daje radę.
I w końcu – dźwięk. Tutaj mamy spory dysonans. Z jednej strony film Bay’a wyposażony jest w BARDZO ZŁĄ ścieżkę dźwiękową, z patetycznymi ale niedoprawionymi hymnami i piosenkami amerykańskiego low-quality popu. Z drugiej strony przepaści stoi dźwięk diegetyczny, głównie podczas wszelkiej maści konfrontacji. Wibrujący bas transformacji, zgrzyt podzespołów, szczęk stali i trzask metalu w połączeniu z szarżującym Optimusem Prime w slow motion, robią wielkie wrażenie. To im się naprawdę udało i dlatego warto iść do kina – trzeba oglądać GŁOŚNO. Wracając do Optimusa, chyba jeszcze nigdy nie widziałem tak perfekcyjnej animacji 3D. 195 milionów dolarów nie poszło na marne (dość ryzykowne stwierdzenie w sensie społecznym i geopolitycznym, ale ‚u no what i mean’). Efekty specjalne na najwyższym poziomie. Zwłaszcza Decepticony i giganty: Optimus i Sentinel Prime. Ich wielopoziomowa przemiana, walka, śmierć czy po prostu ruch są widokiem, którego właśnie kino trójwymiarowe powinno dostarczać, i dla którego całą pozostałą żałość tego filmu można olać.

Pełen entuzjazmu po Transformers, dostając szybką propozycję wizyty kina, poszedłem na Green Lantern. I powiem tak: ja pierdolę. Tutaj WSZYSTKO jest złe. Scenariusz? Spłycony, zmieniony w stosunku do komiksu, historia przedstawiona w sposób niedorozwinięty i głupi. Aktorsko? Ciężka sprawa. Blake Lively raczej bezbarwna, natomiast Ryan Reynolds? No proszę, litości. Ten gość został wybrany najseksowniejszym mężczyzną na świecie przez magazyn People. Serio? George Clooney – rozumiem, Brad Pitt – ok, Johny Depp – wporzo. Ale Ryana Reynoldsa nie kupuję. Typ ma przyklejoną do twarzy minę niepełnosprawnego intelektualnie, spojrzenie wiejskiego głupka, a w połowie ujęć wygląda kuriozalnie – uderza w szkołę późnego Nicka Cage’a. Grać nie potrafi zresztą też. Pisałem, że w Transformers są żałosne akcenty komiczne? Zapomnijcie o tym – w innym wypadku nie potrafiłbym znaleźć słowa na opisanie tego co dzieje się w Zielonej Latarni. Efekty specjalne wyglądają jakby wykonał je Bagiński w akademiku na Gameboy’u, pijany. Tandetne, płaskie, mało realistyczne. I to właśnie uderza, bo film kosztował 200 milionów dolarów, czyli o pięć więcej niż Transformers. Jak to się stało? Cytując klasyka: „Dlaczego? Kurwaaaaaaaa, dlaczego?„. Obok mnie padł komentarz, że Reynolds nie ma zeza, ale wygląda jakby miał – i to jest w sumie w jego twarzy nieco fascynujące. Wspólnie wysnuliśmy więc wniosek, że na efekty specjalne poszło ok. 10% budżetu, a większość z owej dwusetki wydali na komputerową korekcję okulistycznej wady głównego bohatera. Ten film jest na prawdę zły. Zaskakuje, bo nie spodobała mi się ani sekunda z tego co widziałem. A należy wspomnieć, że wyszedłem z sali kinowej w połowie. Może to wpłynąć na moją ocenę, ale znajomi, którzy zostali jednogłośnie stwierdzili, że w dalszej części niewiele się zmienia. Także FAIL.

Green Lantern sprawił, że wróciłem do rzeczywistości. Tu i teraz, gdzie wiadomo, że dobry film 3D to, poza wyjątkami (wyjątkiem?), taki który nie powstał. Może to i dobrze, nie będę marnował czasu i pieniędzy na kolejne przygody, kolejnego superbohatera, czarodzieja albo gadającego zwierza. Nie będę musiał uczestniczyć w deptaniu świętości mojego dzieciństwa – komiksowych ulubieńców. Póki 3D będzie drogie w realizacji, będzie złe, bo musi przyciągać ludzi do kin. Szkoda tylko, że masowe kino tak rzadko sięga po najlepsze wzorce, i tak bardzo nie rozumie tego, że hamburger hamburgerowi nie równy. Dobry fast food zarobi więcej niż niedbały, gumowy syf z budki w Mielnie. Jak na razie zjadłem chyba dwa dobre burgery – Transformers 3 i Pirania 3D. Po reszcie się porzygałem.