Red State / Czerwony Stan (2011)

Kiedy zobaczyłem już wszystkie mega hity oferowane przez komercyjne kina w moim mieście, nie pozostało mi nic innego jak wpaść w otchłań Internetu i zobaczyć sieczkę która zrestartuje mój mózg. Przypadkiem wpadłem na „Red State” w reżyserii Kevina Smitha aka Cichy Bob.

Film zaczął się hajlajfem, w którym trzech młodocianych jara się opcją czworokąta z trzydziestolatką poznaną przez Internet. Szybko okazuje się, że zgodnie z przekonaniami ojca rydzyka „Internet to zło” i nasi bohaterowie mają grubo przejebane. Oto pastor jednego z radykalnych kościołów zamierza posłać ich prosto do piekieł za swój czyn. Całość zaczyna się naprawdę zgrabnie: jest napięcie, są emocje. Jednak gdyby w tym tempie posuwała się akcja tego filmu to skończylibyśmy po trzydziestu minutach. Na szczęście dla nas do akcji wkracza Joseph Kennan (Jeff Goodman) znany bardziej jako Fred Flinston czyli specjalny agent, który ma za zadanie zmieść w pył całe to towarzystwo. Przechodzimy więc od filmu niczym mały „Hostel” do strzelanki z filmów akcji gdzie to w grę wchodzą kałachy i inne automatyczne ścierwa (małe Expendables?).

Co do oceny całości, bo nie powinienem rozpisywać się specjalnie o fabule. Kevin Smith wciąga widza w pewien rodzaj loterii. Myślę, że każdy oglądając ten film podświadomie typuje kto zginie, a kto przeżyje, bo w teorii wydaje się, że ktoś przeżyć musi. I mimo, że film zawiódł mnie nieco poziomem brutalności, to przeplatająca się ironia i sarkazm świetnie mi to zrekompensowały. Wspomniany Jeff Goodman wraz z fanatycznym pastorem Abinem Cooperem (Michael Parks przez niektórych pamiętany z obu części Grind House’u gdzie strzegł prawa) tworzą bardzo charakterystyczną parę bohaterów. Z jednej strony podporządkowany zwierzchnikom agent który nie do końca przekonany jest o zasadności swoich działań versus miłośnik broni i fanatyk religijny którego jedynym celem jest wystrzelanie niewiernych i zbawienie swojej wspólnoty.

O filmach nie powinno się za dużo mówić, bo im mniej wiecie tym dłużej żyjecie tym bardziej będziecie zaskoczeni rozwojem akcji. ( nie pozwólcie sobie na obejrzenie zajawki filmu, bo zniszczycie sobie pierwsze 40 minut). Do całości zalecany jest dystans/lekki chill/step back  czyli podejście jak do kina grindhousowego, bo myślę, że jest to bardziej ten kierunek niż film na poważnie. Szalony pomysł szczególnie na zakończenie sprawdzi w jakim stopniu posłuchaliście mojej rady. Jednym słowem polecam Wam 90 minut dobrego kina brutal-akcji z ukrytą linią żartu, bo nazywanie takich filmów dramatem czy horrorem to lecenie w chuja.

od autora: wiem że krótko, ale lepiej tak, niż po inszemu (inside joke).