Zupełnie inny weekend / Weekend 2011

Jak to John Alabama na naszym facebooku rozpoczął wątek gejowski, dodając ‘spedalony’ headboard na naszym hardcorowym hajlajfowym blogu, postanowiłem pociągnąć (tfuu) wątek i wybrałem się wczoraj do kina na „Zupełnie inny weekend”.

Film otrzymał nagrodę imienia Doriana przyznawaną przez  GALECA (Gay and Lesbian Entertainment Critics Association)  za najlepszy film 2011 roku. Spoko, spoko nie tylko geje docenili tą produkcję, także angole przyznali mu nagrodę  BIFA w kategorii „Najlepsze osiągnięcie w produkcji” i za debiut na ekranie dla Tom’a Cullen’a. Jednak siedząc na sali kinowej bez popcornu i bez coli nie oglądamy nagród więc dość o nich. „Zupełnie inny weekend” opowiada romantyczną historię pary gejów których przypadkowe spotkanie w klubie owocuje czymś więcej niż jednorazowym rżnięciem aktem seksualnym.

To co rodzi się miedzy mężczyznami jest czymś więcej niż przygodą. Mimo, że trwa zaledwie tytułowy weekend sprawia wrażenie głębszej relacji. Nie będę wdawał się w szczegóły fabuły (jak to ja), baa nawet nie będę już nic więcej o niej pisał, natomiast wspomnę w kilku słowach o moich refleksjach płynących z ekranu. Przede wszystkim nie ma tu nawet ziarna stereotypu. Bohaterowie nie wyróżniają się specjalnie na tle społeczeństwa. Jedynie nieskrępowany/swobodny styl bycia Glena pozwala osobom postronnym odkryć  jego orientacje. Jego przeciwieństwem jest Russ, o którym prawdę wiedzą tylko najbliżsi. Reżyser filmu zadbał by całość była przekonywująca dla widza, który niekoniecznie może być gotowy na taki obraz. Tematyka filmu nie jest łatwa i ciężko zaskarbić sympatię osób które wybrały się na niego do kina. Jednak doświadczenie w montażu jakie Andrew Haigh zbierał już jako członek ekipy montażowej „Gladiatora” zaowocowało. Film kręcony w oparciu o wiele zbliżeń umożliwia nam niemal bezpośrednią/namacalną obserwację rodzącego się uczucia. Początkowej nieufności, skrępowania po radość i namiętność. Myślę, że wraz z rodzącym się zaufaniem między bohaterami wzrasta nasze zaangażowanie w ich losy. Początkowo obojętny(albo nawet gorzej), zdałem sobie sprawę, że koniec końców historia mnie wchłonęła. Zaletą filmu jest fakt, że nie ruszamy w głęboką wyprawą w świat homoseksualistów, a jedynie powierzchownie poznajemy wycinek z życia dwóch może nie przypadkowych, ale przeciętnych członków tej społeczności. Nie ma w tym wszystkim skrajnej dosadności, nie ma dosłowności, wszystko jest pokazane z wyczuciem, żeby nas nie zrazić, a raczej zahaczyć. Film niekoniecznie skłoni nas do przemyśleń czy jakiejkolwiek refleksji no, ale kurwa nad czym się zastanawiacie wychodząc z romansu typu (yyyy) KLIK .

Wiem, że zabrzmi to homofobicznie, ale chyba największą przeszkodą w oglądaniu tego obrazu jest tolerancja na wzajemną czułość dwóch mężczyzn. Ja – uważający się za skrajnie liberalnego miałem mały problem, więc odradzam osobom reprezentującym skrajne postawy, ale te przeciwne do mojej, wyprawę do kina na ten film. Myślę, że temat jest trudny w odbiorze właśnie za sprawą bohaterów. Z ekranu pada wiele zarzutów wobec świata w którym lansowany jest wzorzec hetero i właśnie w oparciu o te wzorce łatwiej było by nam obejrzeć romans kobiety z mężczyzną niż dwójki nieogolonych facetów zalecających się do siebie w kuchni. Jednak może warto spojrzeć na świat przez inne okulary?