Goon (2011)

Na początku pomyślałem ‚o, film o ciulaniu w hokeju, super!’ przypominając sobie potężne kaczory, granie za bajtla na mało ruchliwej ulicy i NHL 2000, ale spodziewałem się lekko czadowego, typowego filmu sportowego. Nic bardziej mylnego.

 

Goon to komedia o głupkowatym słodziaku z mądrej żydowskiej rodziny, która go nie akceptuje. Tytułowy bohater Doug Glatt (Seann William Scott) stojąc na bramce w nocnych klubach wyuczył się w życiu jednego rzemiosła – spuszczać manto. Gdy najlepszy kumpel (Jay Baruchel) zabiera go na mecz hokeja i swoimi nawoływaniami prowokuje zawodnika, żeby wszedł na trybuny dać mu łupnia, Doug chroniąc przyjaciela bezceremonialnie niszczy napastnika i zostaje zauważony przez trenera grającej drużyny. Nie zachęca. To jednak sposób podania tworzy ten film. Aktorstwo i dialogi są świetne a efekty specjalne idealnie spełniają swoją rolę. Sposób w jaki to wszystko jest pokazane i jak wielkim, kochanym debilem jest Doug nadrabia przy jednowymiarowych postaciach i kilku cliche w fabule. To jest komedia. Nie jest ani mądra, ani piękna, ani wierna prawdziwej historii (aczkolwiek jest inspirowana prawdziwym zawodnikiem – Doug Smith). Jest po prostu czadowa.

 

ps. (i śmieszna i w ogóle spoko)