Holy Motors (2012)

hm

Who the fuck is Leos Carax? Taką frazę miałem w głowie po obejrzeniu “Tokyo!” – szalonego, podzielonego na trzy epizody filmu z 2008 roku. Podpisał się pod nim niejaki Michael Gondry – nie muszę chyba tłumaczyć co i jak; drugim reżyserem był Joon-ho Bong – autor cudownego, prześmiewczego „Host”. Trzeci do azjatyckiego tanga był właśnie Carax. Ktoś może i go wcześniej znał, bo Leos nakręcił kilka filmów z plejadą francuskiego kina, w tym ze swoją ówczesną partnerką, Juliette Binoche. Francja mnie odpycha, francuzów – niejako przez doświadczenie życiowe – nienawidzę, z trudem słucham tego pysznego, wymuskanego języka w filmach Godarda czy Hanekego. Może stąd ta luka, może z tego powodu Carax kojarzył mi się bardziej z lekiem na trądzik, niż z poważnym reżyserem.

Tak czy inaczej, „Tokyo!” mi Caraxa przedstawiło – na tyle dobrze, że kiedy dowiedziałem się o „Holy Motors”, nie pytałem się już: Po co? O czym? Dlaczego po francusku? Ja już wiedziałem, że Leos Carax jest popierdolony i wiedziałem, że „Holy Motors” to must-see.

Zadałem sobie trochę trudu i poczytałem, już po seansie, opinie i refleksje rodzimych internautów – każdy kto umie czytać i nie podnieca się debilizmem w stylu „Ona tańczy dla mnie”, domyśla się z jakim trudem się to wiąże. Gąszcz komentarzy na stronach internetowych, szafowanie słowem „kicz”, niepoprawna polszczyzna, i standardowy argument „ludziom się podoba, bo chcą być spoko, bo IM WMÓWIONO, że to dobre kino, a to przecież gówno, erekcyjny szał i paskudztwo”. Wiadomo: „kiedyś to robiono filmy… Fellini, Bunuel, Bergman… a teraz tylko tani szok”. To tak trochę jakby powiedzieć: „kiedyś to się ubierano… cylindry, binokle, pierdolone żaboty… a teraz trampki, zielone zegarki i szorty”. Takie tam malkontenctwo, strach przed nieznanym, niezrozumianym, taka trochę Pawłowska wśród widzów. Podsumowując polski internet – film wywołał kontrowersje. Ludzie wychodzili z kin, nastolatki paliły płyty Kyle Minoque, rodziny odwoływały loty do Paryża decydując się na walentynki w Ełku.

z12857312Q,-Holy-Motors-

Wina zapewne leży zarówno w widzu, jak i w dystrybucji – Polak nie wie na co idzie. Polak myślał, że idąc na „Drive”, idzie na kino sensacyjne. Polak idąc na „Amour”, myślał, że będzie uroczo i sentymentalnie. Wreszcie, Polak idąc na „Holy Motors” myślał, że będzie luźno, absurdalnie i dowcipnie. Absurdalnie było, ale nie w sposób, który trafia do przypadkowego widza. Surrealizm jest w multipleksach tak ceniony, jak wiekowe wino: jebać to Jurek, kupuj Fresco. Poza tym, polski widz lubi iść do kina „żeby się rozluźnić” – obojętnie, w którym miejscu drabiny społecznej się znajduje. Widzowie znad Wisły nie traktują kina jako rozrywki wykwintnej, poważnej, nie szukają w kinie refleksji czy idei. Wystarczą im cycki i odgłos strzału, albo truskawki z szampanem i splecione ręce. I to nie jest zarzut. Sam niegdyś po męczącym dniu oglądałem na TVP1 powtórki „Klanu” i doskonale wiem nie tylko kim jest Maciek, ale dlaczego Jerzy jest chamem, a ta ruda nigdy nie będzie szczęśliwa. Tylko jeśli komuś nie chce się myśleć, nie chce się przyjmować zła tego świata na swoje intelektualne barki, to niech odejdzie w ciszy i pozostawi to innym. Stawianie prostych, silnych opinii jest bardzo proste, gorzej z argumentacją.

Ale jakie, tak właściwie, jest „Holy Motors”? Dziwaczne, zaskakujące, smakowite, nieprzeciętne. Każdy kto film zobaczył głowił się zapewne nad interpretacją – i może to być pewnego rodzaju rozrywka. Perwersyjna i masochistyczna, bo w moim mniemaniu rozwiązania nie ma, spójność treści zawsze zostanie w końcu rozerwana przez detal, niepasujący puzzel. Ale to nic. Nawet jeśli Leos Carax chciał wyrazić tym filmem jakąś większą, całościową, spójną na wszystkich poziomach ideę, przekazać coś widzowi, to zrobił to tak, żeby pod koniec jego (widza) żołądek ściskany był przez ciekawość, przez gorycz przegranej z tą wielofunkcyjną układanką. Odbiorca nigdy nie będzie pewny – a i nie wiadomo na ile sam Carax jest. Mimo to, nie ma to większego znaczenia. „Holy Motors” płynie surrealistycznym strumieniem minuta po minucie i chce się to oglądać, bo obraz zaciekawia i formą, i treścią. Wypchany jest karykaturami, przerysowanymi scenami, wariactwem, paskudztwem, dionizyjskimi miniaturami, niewypowiedzianymi treściami. Odnosi się też pośrednio i bezpośrednio do kina francuskiego, w pewnych momentach niemal go cytując. „Holy Motors” z każdym kwadransem odkrywa przed widzem karty, uplata systematycznie sznur fabuły, ale co pewien czas też zwodzi. Kolejne epizody, będące może metaforą życia, czy ludzkiej natury, rozkładają na części pierwsze historię kinematografii – dramat, komedię, sensację, film kostiumowy, futurystyczne science-fiction czy wreszcie musical. Jednak największą bronią filmu Caraxa jest zaskoczenie, jest absurd, jest sakramentalne: what the fuck?!. Czy to jest manewr na wyrost? Przerost formy nad treścią? Według mnie nie, bo właśnie forma jest kwintesencją tej opowieści. Ostatecznie jest to też popis aktorskich umiejętności Denisa Lavanta, wcielającego się w kolejne jaskrawe i niepokojące role.

B093_C016_1004K7

„Holy Motors” nie jest dla wszystkich i pewnie nie na każdą porę. Podchodzić do niego trzeba z dozą zrozumienia, luzu i otwartości, a w trakcie trzeba być cierpliwym i wyczekiwać – spokojnie wyczekiwać, bo nawet jeśli coś wydaje się normalne i banalne, to pewnie za chwile wrażenie to zostanie zmyte kubłem zimnej wody. Gdzieś, między jedną, a drugą peruką Pana Oscara pojawia się zdanie: „Rzeczy nie są tym czy się wydają” i chyba ono najlepiej podsumowuje cały film. Richard Feynman powiedział: „Jeśli twierdzisz, że rozumiesz fizykę kwantową, to znaczy, że nie rozumiesz fizyki kwantowej.”. Podobnie jest z „Holy Motors” – jeśli ostatecznie go zrozumiałeś, ogarnij się, wypij drinka i zobacz film Caraxa ponownie. Życie twój pogląd zweryfikuje. 

3/3!