Drogówka (2012)

7509812.3

Kiedy wszystko jest dobrze, ludzie jakoś mniej rozpychają się łokciami – w kolejce, w pracy, przychodzi odwilż i pojawia się słońce, a sąsiad okazuje się fajnym gościem, który pożyczy wiertarkę; nagle wchodzi Smarzowski. Z butami oblepionymi błotem, z siną, obolałą pięścią, ze śliną na podbródku, ziejący alkoholem – wchodzi Smarzowski-metafora, Smarzowski-reżyser, Smarzowski-obserwator. On nie pozwoli odbudować we mnie i w Tobie nadziei w ludzi, nie pozwoli ci zapomnieć do jakiego stada należysz, nie pozostawi złudzeń. Może czasem rozgrzeszy, rzadko pocieszy, ale na pewno będzie szczery. Ludzie nie są białymi szczeniakami, wraz z pierwszym wyrżniętym zębem stracili niewinność i chętnie podłożą ci nogę. Tym razem Smarzowski przebiera się w policyjny mundur, by za chwilę autodestrukcyjnie rozerwać go i wymoczyć we łzach, spermie i wódce.

Na początku były virale. Niby zabawne, intrygujące, trochę z życia wzięte – choć tak na prawdę widać było, że do śmiechu wcale nie będzie. Społeczna znieczulica i narodowa świadomość swojej, społecznej i administracyjnej ułomności, wieczne poczucie nędzy i ucisku wyuczyły w nas skowyt zakrywać uśmiechem, dały Polakom do ręki rzecz ważną, warunek przetrwania – dystans i umiejętność tworzenia masek. I mimo tych wszystkich humorystycznych akcentów wspomnianych virali, reżyser rzucał pewne ostrzeżenie, że to wszystko śmiech przez łzy. Czuć było w powietrzu zapach siarki i tanich papierosów, słychać było szczekające psy i niepokój.

Każdy kto Smarzowskiego zna i widział zajawki „Drogówki”, wiedział czego się spodziewać. Z jednej strony film jest oczywisty: dno, slums, rynsztok i upadek; z drugiej jednak, „Drogówka” jest nie tylko dramatem, czystą notką z życia stołecznej policji, ale jest – co mnie zaskoczyło – rasowym filmem sensacyjnym. Tak więc łączy ze sobą, trzeba powiedzieć dość spójnie, elementy policyjnego thrillera, paradokumentu i filmu psychologicznego. Smarzowski nie pokazuje niczego nowego, wykorzystuje znane klisze, nawet dialogi często opiera na cytatach z kawałów, internetowych memów, youtube’owyh hitach – i to nieco rozczarowuje. Autorski język polskiego plugastwa i narodowej przywary zastępuje schematami i zapożyczeniami. Brakuje „Drogówce” tego niepowtarzalnego klimatu i stylu, którym reżyser popisał się przy okazji „Domu Złego”. Sama historia zbudowana jest na bazie klasycznego kanonu filmów sensacyjnych – jest dobro i zło, chaos i porządek. Intryga, pościg, pokusa. To akurat nie razi, ogląda się dobrze, a całość sprawia wrażenie przemyślanej i, co ważniejsze, dość realistycznej układanki.

Wielkie brawa dla Smarzowskiego należą się za mieszczańskie tło całej historii. Od dawna brakowało tego w Polskim kinie – filmu, który nie tylko przybliżał nam bohaterów, rysował przed oczami ich charakter, ale który by ich życie umieszczał w mieście przez duże „M”. Wielkość „M” nie oznacza, bynajmniej, wydźwięku pozytywnego, ale wskazuje na równorzędność w filmowym obrazie, wraz z aktorami i historią. Fellini pięknie pokazywał Rzym, Allen subtelnie punktował uroki Manhattanu, a Smarzowski wymalował widzowi klimatyczny pejzaż zanurzonej w smogu postkomunistycznej Warszawy. Polska stolica, choć lepiej pisać właśnie W-a-r-s-z-a-w-a, bo już sama nazwa w kontekście filmu elektryzuje, staje się w „Drogówce” niemal polskim Gotham. Brudna, mroczna, szara, pełna brutalnej architektury z wymowną dominantą Pałacu Kultury, obsmarowana graffiti, eklektyczna. Warszawa, w której ruiny przeplatają się z nowoczesnymi biurowcami, gdzie zarzygany bruk oświetlany jest przez biało-czerwone światła Stadionu Narodowego. Warszawa zatopiona nocą w burdelowym różu, w neonach kasyn i klubów. „Drogówka” to gorsza, ale i magiczna twarz tego miasta.

Drogowka_6004700

Innym mocnym punktem filmu są aktorzy. Smarzowski gromadzi na ekranie całą rzeszę paskudnych, parszywych polskich mord. I Macieja Stuhra. W masie policyjnego, przaśnego kolektywu przed szereg wychodzi kilka ról-perełek. Wyborem oczywistym jest rola główna Bartłomieja Topy, którego oczy są pełne udręki, jakiejś wewnętrznej walki, ale i brudu, i ludzkich słabości. Jego twarz do reszty kolegów zarówno pasuje, jak i nie pasuje. A to duża sztuka. Dalej, ulubieniec reżysera, Arkadiusz Jakubik – erotoman i dziwkarz z zasadami, Eryk Lubos i jego Sierżant Banaś o mimice hitlerowskiego oprawcy, mentalności chuligana, spojrzeniu dzikiego zwierza; bezbłędny, zmęczony życiem Dziędziel i Jacek Braciak w roli tyleż zabawnej, co tragicznej – wcielający się w alkoholika najwyższego kalibru, balansującego na granicy przytomności. Brak wielkiej roli kobiecej, ale to może dobrze, bo kobiety są tutaj, w myśl konkretnego stereotypu i niejako leitmotivu, traktowane raczej przedmiotowo, co może  czynić „Drogówkę” filmem do cna mizoandrycznym.

Smarzowski nakręcił film inny od poprzednich – nie tylko w kwestii formalnej. Czy gorszy, czy lepszy oceni każdy sam. Na pewno godny zauważenia, godny dwóch poświęconych mu godzin. Czasem, ale rzadko, zabawny. Głównie przygnębiający i nieco szokujący. Film skrojony na miarę, który nie pozostał bez wad – podobnie jak świat i bohaterowie, których opisuje. Tak samo jak względem postaci, jak i względem filmu, punkt oceny zależy od miejsca siedzenia, od własnych doświadczeń, własnego kodeksu, grubości skóry i tolerancji. „Drogówka” nie jest dla wszystkich i nie wiem czy wszyscy powinni ją zobaczyć, bo film tak prawdziwy i tak namacalny może odbić się szerokim echem w społeczeństwie, które sam opisuje – pełnym uprzedzeń, nienawiści, stereotypów i radykalnych osądów. Gdzieś tam, na warszawskiej Pradze, krakowskim Prądniku czy katowickich Bogucicach siedzi właśnie sierżant drogówki, który, Bogu ducha winien, zbierze żniwo tego filmu. Ale taka już rola kina społecznego. W tym wypadku kina oczywistego, lecz dobrego.

 

3/3!